Pożegnanie Joy Murphy przez pracowników Parku i członków ich rodzin

Korpus Pokoju w Kudowie-Zdroju

W latach 1998-2001 w Kudowie-Zdroju pracowała Joy Murphy, wolontariuszka Programu Ochrony Środowiska Amerykańskiego Korpusu Pokoju w Polsce. Prezentujemy wypowiedzi i fragmenty relacji na temat Joy, zarejestrowane w maju 2012 roku.

Na zdjęciu: Joy Murphy i Janusz Korybo. Pożegnanie Joy, Kudowa-Zdrój, 2001. Fot. ze zbiorów Parku Narodowego Gór Stołowych

Krzysztof Baldy (pracownik dydaktyczny w Parku Narodowym Gór Stołowych):

Uczestniczyłem w międzynarodowym projekcie dotyczącym ochrony płazów i w Białowieży zetknąłem się z człowiekiem, który z ramienia Korpusu Pokoju pracował w Ośrodku Edukacyjnym Białowieskiego Parku Narodowego.

Kudowa-Zdrój, 1998

Zbigniew Gołąb (dyrektor pracowni naukowej w Parku Narodowym Gór Stołowych):

Joy była tak serdeczna, tak łatwo weszła w te relacje towarzyskie z nami, że trochę zmieniło to mój pogląd o Amerykanach, których poznałem jako osoby myślące o swoim narodzie jako najlepszym na świecie. Joy była w pewnym sensie wyjątkowa. Wydawało mi się, że czuła swoją misję, że jest osobą z trochę innej rzeczywistości. Joy bardzo się angażowała we wszystko co robiła, niesamowicie się angażowała. Choć na pewno Amerykanom wydawało się, że to trochę kraj trzeciego świata.

Kudowa-Zdrój, 2001

Wojciech Heliński (animator kultury w UM w Kudowie-Zdroju):

Hasło „Amerykanka” w 1998 roku, gdy Polska niebyła jeszcze w Unii Europejskiej, pobudzało bardzo emocje. Kolega nam tłumaczył, że to Korpus Pokoju. Amerykański. Pamiętałem takie hasło z jakichś filmów, kojarzyło mi się, że jacyś Amerykanie jadą do Wietnamu, Korei, czy może do Afryki… Ale czemu do Polski?

Kudowa-Zdrój 1998

Katarzyna Mrowiec (przewodniczka, współwłaścicielka kawiarni):

Przez chwile się nawet przyjaźniłyśmy z Joy, bo ona się z ludźmi przyjaźniła. Lubiła ludzi i lubiła spotkania z ludźmi. W naszej kawiarni w kąciku komputerowym odbywało się nauczanie angielskiego, zwane Joy’s conversations. Przychodziło bardzo dużo młodzieży licealnej i – o dziwo – rozmawiali tam tylko po angielsku.

Kudowa-Zdrój, 2001

Wojciech Heliński:

Joy była u nas inicjatorką Dnia Ziemi. W Kudowie, gdzie było bezrobocie, nikt nie miał do tego głowy. Ekologia to było jedynie hasło. Stać na nią zamożne społeczeństwa… Joy próbowała nam objaśnić Dzień Ziemi, odwołując się do słownika, ale nie rozumieliśmy. „Zrobimy Dzen Dzemi, Dzen Dzemi…” Jest takie święto, ale… co się robi? Że co – zaprasza kierownika kuli ziemskiej i on robi Dzień Ziemi? Czyli kogo? Papieża? – „Nie… Dzen Dzemi, nie wiecie, co to jest Dzen Dzemi?”. Ekologia była dla niej tak naturalna, iż nie powiedziała nam, że chodzi o nią. Ale udało się w końcu porozumieć i w internecie znaleźliśmy, że Dzień Ziemi to hołd składany matce naturze. I zrobiliśmy pierwsze obchody tego Dnia. To był jej pomysł, aby włączyć się w święto, które odbywa się na całym świecie – ludzie sprzątają po prostu swoją okolicę. Wtedy dla nas to brzmiało trochę, jakby mowa była o sekcie, jak jakiś New Age.

Kudowa-Zdrój, 1998

Zbigniew Gołąb:

Joy miała ciekawe pomysły, na przykład żeby znaleźć wśród lokalnej społeczności sponsorów, którzy sfinansowaliby ścieżkę atrakcyjnych drzew w Parku Zdrojowym w Kudowie. Do dzisiaj na tych tabliczkach widnieją odpowiedzialni za każde drzewo. Wśród tych osób są właściciele pensjonatów czy restauracji. Joy umiała ich w to wciągnąć. Udała się do każdego osobiście. I dlatego prawie cała Kudowa ją znała.

Kudowa-Zdrój, 2001

Zbigniew Piotrowicz (dyrektor Centrum Kultury i Rekreacji):

Joy zdecydowała się jako swój projekt stworzyć ścianę wspinaczkową, co miało uzasadnienie ekologiczne, bo piaskowcowe ściany uczęszczane były przez wspinaczy w okresach lęgowych, kiedy nie powinno się tam wspinać. Ta ścianka miała być alternatywą, żeby akurat tam można było ćwiczyć, spędzać czas do około 15 czerwca, kiedy okres lęgowy w Parku Narodowym się kończy. To było dość trudne przedsięwzięcie, kawał roboty inżynierskiej do wykonania. Są z tym związane pewne przepisy bezpieczeństwa i ktoś musiał się pod tym podpisać. Byłem pełen uznania dla Joy, że udało jej się to wszystko przepchnąć przez biurokratyczną machinę.

Lądek-Zdrój, 1999

Wojciech Heliński:

Tu panował taki postkomunistyczny przesąd, że w zasadzie tylko urząd może coś załatwić i aby cokolwiek zrobić w mieście, trzeba iść do burmistrza, poprosić, poczekać, później do starosty, do wojewody… Nagle się okazało, że są jeszcze inne drogi i że ludzie sami mogą coś zdziałać, a nie zawsze chodzi o pieniądze, o kontakty czy znajomości – i jak się w kilka osób skrzykniemy, to możemy coś fajnego zrobić. Joy chodziła po wszystkich, nie miała tej naturalnej selekcji. Nie znała koneksji lokalnych, więc szła do każdego i dzięki temu bardzo często się udawało. Chodziło o to, że oprócz zestawu stałych tematów, jak bezrobocie czy przemysł, nagle ktoś z zewnątrz dawał impuls nowej sprawie.

Kudowa-Zdrój, 2000

Czesław Kręcichwost (burmistrz Kudowy):

Joy emanowała optymizmem. Zainicjowała i zorganizowała tę ściankę z innymi osobami. Ten fenomen polegał na tym, że udało jej się znaleźć grupę ludzi, którzy jej uwierzyli. W kraju, który był kilka lat po osiągnięciu sukcesu, wolności, Joy starała się nam pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych i że nie wszystko musi polegać na pieniądzach. Pokazywała, jak wielu jest ludzi, jak wiele organizacji, które potrafią pomagać ludziom. Przekonywała, że potrzeba ściany wspinaczkowej, pomogła nam ją zorganizować i zamontować w sali sportowej. Tak naprawdę to nas niewiele kosztowało.

Dzięki Joy też trochę uwierzyłem w to, co robię. Praca w samorządzie to nie jest urzędniczenie i wiem, że trzeba mieć wizję i zapoznawać z nią mieszkańców – bo bez nich nic się nie zrobi, to dla nich się pracuje. Muszą się tu czuć bezpiecznie, muszą mieć pewność, że ktoś się za nich wstawi.

Kudowa-Zdrój, 2001

Zbigniew Piotrowicz:

Najtrudniejsze było dla mnie tłumaczenie zawiłości polskiej biurokracji. Ilość produkowanych papierów, uzasadnień, „kręte drogi decyzyjne”… To było dla tej amerykańskiej dziewczyny odkrycie – że tak można sobie życie skomplikować. W drugiej połowie lat 90. nie było komputerów w powszechnym użyciu, więc wszystko musiało być na papierze, przedziurkowane, schowane w odpowiednim segregatorze, zrobiona kopia, potwierdzona, różne pieczątki… Dla nich pieczątki stanowiły zabawne zjawisko, bo tam wystarczy podpis. Natomiast tutaj podpis bez pieczątki był nic niewart. Musi być pieczątka, a najlepiej dwie. Najważniejsze są czerwone, a już szczególnie – okrągłe. Nie ma ważniejszych pieczątek w Polsce

Lądek-Zdrój, 1998

Marek Szpak (dyrektor Ośrodka Sportu i Rekreacji):

Wymyśliliśmy, że trzeba uczcić Joy. Rozmawialiśmy o tym i Joy powiedziała, że ich świętem narodowym jest Dzień Dziękczynienia w listopadzie. Postanowiliśmy obchodzić go bardzo uroczyście. Ustaliliśmy, że Joy będzie reżyserem, a my jej będziemy pomagać. To spotkanie wszystkich przyjaciół czy osób związanych z Joy. Zaprosimy też Korpus Pokoju i kogoś z Ambasady. Ustaliliśmy również, że muszą być flagi: polska, kudowska i amerykańska. Ale z amerykańską to nie takie proste. Chcieliśmy ją kupić, ale się okazało, że w naszych hurtowniach nie ma takiej. Wystąpiłem pisemnie do Ambasady, do Korpusu Pokoju, aby takiej flagi nam użyczono. W końcu Amerykanie przekazali ją nam na to święto. Głównym daniem miał być indyk pieczony, faszerowany koprem naciowym. Indyka szukaliśmy… w Czechach. Joy sama wybierała. Kupiliśmy dwa czy trzy indyki i koper naciowy. Do tego wszystkiego musiała być, oczywiście, coca-cola.

Kudowa-Zdrój, 2000

Janusz Korybo (dyrektor Parku Narodowego Gór Stołowych):

Smuci nas, że Joy się nie odzywa. Mimo wszystko liczyliśmy, że ta dziewczyna od czasu do czasu da jakiś znak, powie, gdzie jest, może jest w Chinach, a może ma sporo dzieci. Nie wiemy, co u niej.
Może to był jej czas młodości, z którym wzięła rozbrat, może się odcięła… A może to jest też ta mentalność amerykańska, być może inna od naszej, polskiej.

Kudowa-Zdrój, 2000

Wojciech Heliński:

Joy była u nas inicjatorką Dnia Ziemi. W Kudowie, gdzie było bezrobocie, nikt nie miał do tego głowy. Ekologia to było jedynie hasło. Stać na nią zamożne społeczeństwa… Joy próbowała nam objaśnić Dzień Ziemi, odwołując się do słownika, ale nie rozumieliśmy. „Zrobimy Dzen Dzemi, Dzen Dzemi…” Jest takie święto, ale… co się robi? Że co – zaprasza kierownika kuli ziemskiej i on robi Dzień Ziemi? Czyli kogo? Papieża? – „Nie… Dzen Dzemi, nie wiecie, co to jest Dzen Dzemi?”. Ekologia była dla niej tak naturalna, iż nie powiedziała nam, że chodzi o nią. Ale udało się w końcu porozumieć i w internecie znaleźliśmy, że Dzień Ziemi to hołd składany matce naturze. I zrobiliśmy pierwsze obchody tego Dnia. To był jej pomysł, aby włączyć się w święto, które odbywa się na całym świecie – ludzie sprzątają po prostu swoją okolicę. Wtedy dla nas to brzmiało trochę, jakby mowa była o sekcie, jak jakiś New Age.

Kudowa-Zdrój, 1998

Cyt. za: Amerykański Korpus Pokoju w Polsce, wybór i oprac. Agnieszka Kudełka, Ośrodek KARTA, Warszawa 2012.

Fotografie