Relacje wolontariuszy

Angelo Pressello:
W Przysusze mogłem rozmawiać po angielsku tylko z moją koleżanką ze szkoły, drugą nauczycielką angielskiego, i jedną uczennicą. Jak szedłem do sklepu, to oczywiście prosiłem o rzeczy po polsku. Raz zapytałem: „Masz piersi?” zamiast „Czy są piersi?”. Cała Przysucha znała potem tę historię.

Daniel Sargent:
Okazało się, że jadę do Polski. Popatrzyłem na mapę i wypiłem tequilą toast za Polskę. O jej historii nie miałem pojęcia, sądziłem, że Kopernik pochodził z Grecji. Nie słyszałem o Kościuszce. Moja wiedza kończyła się na tym, że istnieje Polish kielbasa i że Polacy piją, bo to słowiański obyczaj. W telewizji oglądałem ludową muzykę polską. W tle pokazali dużo śniegu i domy kryte strzechą. Wywnioskowałem więc, że to coś w rodzaju Alaski, gdzie każdy mężczyzna jest rolnikiem, a kobiety są tęgie i silne.
1991

Angelo Pressello:
Aby zostać wolontariuszem, trzeba zdobyć doświadczenie zawodowe. Gdy złożyłem swoją aplikację, powiedziano mi, żebym się przygotował na Kazachstan albo Kirgistan. Potem powiedzieli mi, że jadę do Polski. Pomyślałem sobie, że to przecież Europa – dlaczego oni mnie tu wysyłają? Czy myślą, że nie dam sobie rady w tych innych krajach? To nawet było kontrowersyjne, że tu ma być Korpus Pokoju. Mój kolega dostał Mali, a koleżanką – Mołdawię. To były prawdziwe „kraje Korpusu”. W porównaniu z nimi Polsce żyliśmy w luksusie.
1996

Perry Pedersen:
W latach 1971–72, jako 16-latek, w ramach wymiany mieszkałem w Berlinie u rodziny Schmittów. Można było stanąć w pobliżu granicy i przez lornetkę obserwować jaskrawe różnice między NRD a RFN. W czasie przerwy świątecznej w 1989 roku, gdy przyjechałem odwiedzić Schmittów, niemieckie media pokazywały rozpad bloku wschodniego, który właśnie miał miejsce. Odczuwałem tamtą ekscytację, miałem świadomość gigantycznych zmian, które te wydarzenia niosą. Zdecydowałem wtedy, że ja też chciałbym coś wnieść w te przemiany społeczno-polityczne. Pracowałem wtedy jako lokalny menedżer do spraw sprzedaży, kierując jedenastoma przedstawicielami handlowymi w rejonie Seattle i Portland.

Jako świadek dramatycznych wydarzeń w Europie Wschodniej, po zbadaniu różnych możliwości zaangażowania się w te sprawy, zdecydowałem, że najwięcej sensu miałoby włączenie się w program rozwoju drobnej przedsiębiorczości Amerykańskiego Korpusu Pokoju. Moje umiejętności biznesowe mogą tam być przydatne, a ja zyskam możliwość dłuższego pobytu w kraju, tak by nauczyć się języka i nawiązać głębsze kontakty z ludźmi. Po dopełnieniu formalności – wbrew radom moich kolegów z pracy – zwolniłem się i dołączyłem do Korpusu.
1991

Thomas Rulland:
Przyjechałem tutaj, ponieważ zmiany w Europie są w tej chwili niezwykle ekscytujące. W Stanach przykładamy dużą wagę do tego, by mówiąc o Polsce nie umiejscawiać jej w Europie Wschodniej – która od zawsze kojarzyła się z czymś w rodzaju Trzeciego Świata – lecz w Europie Centralnej. Osobiście jestem zaskoczony choćby wielkością obszaru występujących tu lasów. Niezmiernie interesujący wydają się także ludzie, bardzo przyjaźni, choć mijani na ulicach wyglądają na smutnych, wiecznie zatroskanych i nie potrafią tak jak u nas spontanicznie się pozdrawiać.
Szczecin, 1992

Diane Robinson:
Moi pradziadkowie żyli w XIX wieku w warszawskiej dzielnicy żydowskiej, wyjechali stamtąd gdzieś na przełomie wieków. Pradziadek był rękawicznikiem. Sama nie byłam wychowywana jako Żydówka. Ze względu na te koneksje, interesowałam się Polską. Oczywiście, wiedziałam o stanie wojennym, o „Solidarności”, o rozmowach Okrągłego Stołu, o Wałęsie.

Wiedziałam, że Polska była zniszczona w czasie II wojny i że było tam dużo obozów koncentracyjnych. Byłam świadoma, że ciągle panuje tu znaczny antysemityzm – w czasie swojego pobytu w Polsce nigdy nie wspomniałam o moim pochodzeniu. Osobiście nie byłam tego świadkiem, ale wiem, że nasi wolontariusze-Afroamerykanie mieli w Polsce okropnie. Zderzyli się z ogromnym rasizmem i nie sądzę, by dali radę wytrzymać swoje dwa lata służby.
Bielsk Podlaski, 1993

Barbara Hilpman:
Niektórzy Polacy patrzą na cudzoziemców przez pryzmat swoich doświadczeń z Rosjanami. Myślą, że przybywamy tu kolonizować kraj. Nie mogą uwierzyć, że chcemy bezinteresownie pomóc Polsce.
Łosice, 1992

Larry Michel:
Podejmując decyzję o wstąpieniu do Korpusu, nie miałem możliwości wybrania kraju. Myślałem o Ameryce Południowej, ponieważ mówię po hiszpańsku. Prawie rok trwały badania przydatności naszych kandydatur. Sprawdzano nie tylko umiejętności zawodowe, ale i zdolności adaptacyjne, łatwość nawiązywania kontaktów, odporność na stresy, nawet pobrano od nas odciski palców. W zawodowej karierze w USA bardzo liczy się uczestnictwo w Korpusie. Na każdych 200 zgłaszających się tylko ośmiu spełnia wymagania. Jest to prawdziwa elita. Bardzo się cieszę, że jestem w Polsce. Zaawansowanie zmian ustrojowych i społecznych jest dla nas gwarancją, że będziemy tu potrzebni.
Warszawa, 1991

Benjamin Burg:
Nigdy więcej nie zdarzyło mi się spędzić tyle czasu nad przygotowywanym wnioskiem. To jeszcze nic – przez 6 miesięcy czekałem na ich akceptację. Potrzebne były referencje od dwóch kolegów, dwóch nauczycieli, z dwóch miejsc pracy, a także zaświadczenie lekarskie. Z góry uprzedzali – to potrwa 6 miesięcy, bo chcemy sprawdzić, komu naprawdę zależy.
Bielsko-Biała, 1995

Alex Braden:
Mieszkałem w akademiku. Najciekawsze było to, że w święta i weekendy wyłączali ogrzewanie i ciepłą wodę, działał tylko mały piecyk elektryczny. I ten urok scentralizowanego systemu gospodarczego… Ale Kętrzyn był cudownym, lubianym przez wielu ludzi miastem. Wciąż mam tam przyjaciół.
Kętrzyn, 1998

Diane Robinson:
Szkolenie było w pewnym stopniu rozczarowujące. Mieliśmy jedną wspaniałą nauczycielkę z Polski, Ewę, i jedną okropną. Spędzaliśmy niekończący się czas na wykładach. Część z nich była pożyteczna, jak nauka pisania konspektów lekcji, ale niektóre wydawały się kompletnie bezsensowne, jak większość zajęć dotyczących zdrowia. Lekcje polskiego zniechęcały, mimo mojego rosyjskiego pochodzenia. Ta gramatyka! Za mało nacisku kładziono na uczenie dorosłych, a także na ćwiczenie metod efektywnego nauczania.
Bielsk Podlaski, 1994

Jeffery Petrich:
Szkolenie, praca i mieszkanie w Polsce miało oczywiście i wady, i zalety. Nie mogłem tu liczyć na takie luksusy jak Stanach, musiałem mówić w obcym języku, poznawać ludzi i robić rzeczy, których w domu nigdy bym nie musiał. A jednak pobyt w Polsce stanowił jedno z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. Byłem wręcz zakłopotany hojnym przyjęciem przez rodzinę, która gościła mnie w Płocku, przez organizatorów mojego pobytu w Witnicy i moich studentów – wciąż mnie ona przygniata. Nie to, że traktowali mnie dobrze – wszyscy witali mnie z otwartymi ramionami i sercami. Cenię wszystkie moje doświadczenia wyniesione z pobytu w Polsce i czasem nie chce mi się wierzyć, że tak mi się poszczęściło.
Witnica, 1996

Patrick Chapman:
Zajęło mi dużo czasu, nim zrozumiałem, co znaczy „kombinować”. Teraz wiem, że to jest korupcja − zwykle na małą, ale czasem na większą skalę. I widzę to ciągle. Każdy problem może być rozwiązany przez machlojki, na przykład sekretarka przyszywała notatki do spódniczki córki dyrektora naszej szkoły, która zdawała maturę.
Dobiegniew, 1996

Angelo Pressello:
Zdarzało się, że Polacy w miejscowości, do której trafiłem, podchodzili do mnie, dotykali mnie i mówili: „Ty jesteś prawdziwy!”. Wtedy to była tutaj wielka rzecz spotkać się z Amerykaninem. Mogłem być pewien, że nawiążę dobry kontakt z najładniejszą dziewczyną na imprezie i dostanę zaproszenie na obiad w niedzielę. Wiedziałem też, że Polska była krajem, w którym ludzie mieli pozytywny obraz Amerykanów. I robiłem wszystko, by tego wizerunku nie zniszczyć.

Uczyli nas tam też, że to my jesteśmy ci dziwni. Na przykład – ludzie wtedy stali w kolejkach w sklepach bardzo blisko siebie, a my w Stanach, robiąc zakupy, mamy zazwyczaj swoją przestrzeń wokół. Mieliśmy pamiętać, że to nie jest USA. To jest kraj tych ludzi, oni tu mieszkają – tu tak się stoi w kolejce. Twoją rolą nie jest nauczenie ich, jak być cywilizowanym. Tu jest cywilizacja; tu tak się robi. I ty musisz się dostosować do nich, a nie odwrotnie.

W Przysusze wszyscy wiedzieli, co robię, z kim rozmawiam. Cieszyłem się, kiedy była zima, bo wcześniej robiło się ciemno i mogłem być znowu anonimowy. Dowiedziałem się, jak to jest być sławnym. Już rozumiem, dlaczego ludzie tego nie lubią. Były też miłe chwile związane z popularnością; w Dniu Nauczyciela czułem się jak ktoś bardzo ważny. Uczniowie głośno mi klaskali – można było poczuć się gwiazdą.
Przysucha, 1996

Christine Wolf:
Na początku byłam samotna, wyalienowana. Od kiedy zakończyłam szkolenie, na którym czułam się bezpiecznie, wszystko nagle okazało się takie nowe. Trochę czasu zabrało, by się przyzwyczaić. Pierwszy rok zajęło mi rozpracowywanie języka i oczekiwań, które przede mną stawiano. Trudne było także wejście w rolę nauczyciela – nigdy wcześniej nie uczyłam w wyższej szkole na pełny etat. Wyzwaniem okazało się też radzenie sobie z codziennością, z zakupami. Na szczęście moja szkoła bardzo mnie wspierała.

W drugim roku pobytu byłam znacznie pewniejsza, zaczynałam się wyluzowywać – i lepiej się czuć. Wejście w polską rzeczywistość okazało się trudniejsze, niż się spodziewałam, ale było warto. Przez moment, mniej więcej po roku, byłam gotowa wyjechać. Nie radziłam sobie, czułam się wyczerpana. Pojechałam do biura Korpusu w Warszawie i zatrzymałam się u Mary Cloud, pielęgniarki pracującej w biurze. Mieszkałam z jej rodziną przez kilka dni i to pozwoliło mi zdecydować, co będzie dla mnie najlepsze. Ludzie z biura Korpusu byli wspaniali – między innymi dzięki trosce Mary dałam sobie radę ze swoim załamaniem. Postanowiłam wrócić i zostać na drugi rok.
Jelenia Góra, 1998

Benjamin Burg:
W Klubie Gaja w Bielsku-Białej chcieli, żebym zajął się zdobywaniem funduszy – więc ok. Robili wszystko, czego ich uczyłem. Chciałem, by zdobyli lokalne wsparcie: sięgnęli do kieszeni obywateli. W Klubie Gaja nie wierzyli w taką strategię finansowania. W końcu jednak przekonali się do tego i stali się jedyną organizacją związaną z ochroną środowiska, która połowę pieniędzy pozyskuje z darowizn. Są jednym z najsilniejszych stowarzyszeń w dziedzinie ekologii.
Bielsko-Biała, 1995

Perry Pedersen:
Za czasów komunistycznych oszukiwanie i korupcja były postrzegane jako legalne sposoby radzenia sobie z systemem ekonomicznym i politycznym. Mój kolega, dawny członek „Solidarności”, mawiał, że tylko idioci podporządkowywują się nonsensownemu, skorumpowanemu systemowi. Ta mentalność przetrwała przełom, nawet w środowisku akademickim. Po rozpoczęciu pracy w szkole bardzo szybko nauczyłem się dwóch polskich zwrotów: „Daj mu w łapę” i „Będzie flaszka”… W czasie mojego pierwszego egzaminu widziałem, że ściągają, ale nie mogłem ich przyłapać. Na obiedzie z rodzicami uczniów, jeden z ojców szczycił się talentem córki do chowania ściągawek pod spódnicą.
Bielsko-Biała,1993

Leonard Klein:
[W Centrum Pomocy Społecznej] staramy się uświadomić człowiekowi, co to znaczy być początkującym, drobnym przedsiębiorcą. Patrzymy także, czy jest on naprawdę zainteresowany zainwestowaniem w swoją przyszłość, czy tylko ma nadzieję na otrzymanie wyższej zapomogi. Jeśli przejdzie przez kwalifikację pozytywnie, rekomendujemy go jako człowieka, któremu warto dać pieniądze. Od razu określamy także, na ile rat rozłożyć trzeba spłatę. [...] Jestem optymistą. Przedsiębiorczy duch jest wszędzie, czasem trzeba go tylko obudzić.
Warszawa-Ochota, 1992

Christine Wolf:
Najbardziej jestem dumna z drugorzędnych projektów, którymi się zajmowałam. Byłam przewodniczącą Polskiego Komitetu „Kobiety i Postęp”, byliśmy bardzo aktywni. Organizowaliśmy regionalne konferencje, przyciągającej kobiety z kilku krajów regionu. Byłam też zaangażowana w projekt GLOW „Dziewczęta Siłą Świata” – letni obóz języka angielskiego. Członkowie Komitetu i całej grupy Polska XII brali udział w innych wspaniałych projektach związanych z profilaktyką raka piersi czy prawami człowieka.
Jelenia Góra, 1998

Kirk Henwood:
Chcąc przybliżyć zagranicznym turystom charakter i temperament mieszkańców Bieszczad, w przewodniku [przygotowanych z udziałem wolontariusza] zamieściliśmy także miejscowe legendy. Boimy się tylko, że publikacja spowoduje bardziej masowy najazd turystów, co może być zagrożeniem dla tych dzikich gór. Najtrudniej dzielić się z innymi tym, co dla nas najcenniejsze.
Brzozów, 1994

Diane Robinson:
Najbardziej zmieniła się moja pewność siebie. Gdy później zaczynałam nową pracę, myślałam: „W końcu mówią tu po angielsku, więc czym się martwić?”. Pobyt w Polsce dał mi doświadczenie bycia cudzoziemcem i rozumienia, co to znaczy. Dzięki roli wolontariusza Korpusu nauczyłam się odpowiedzialności i swobodnego podejmowania inicjatywy – czego pewnie nie zyskałabym w innej pracy w tym wieku. Dwa i pół roku w Polsce pozwoliło mi lepiej zrozumieć, czym jest rozwijająca się demokracja. Byłam tam w czasie wielkiej chwiejności politycznej i gospodarczej.

Pierwszego lata doszło do puczu w Moskwie. Od studentów i nauczycieli dowiadywałam się, jak żyło się w stanie wojennym. Jeden z uczniów wspominał, jak błagał swoją mamę, by zaszła w ciążę – bo to
dawało dodatkowy przydział czekolady. Nauczyłam się, jak to jest, gdy nie wszystko, czego potrzebujesz, można kupić – nawet jeśli masz za co. W Białymstoku świeże warzywa były rzadkością w zimie. Nie istniały duże sklepy spożywcze. Raz, pod koniec pobytu, zobaczyłam w sklepie brokuły. Sprzedawca próbował mnie zniechęcić do ich kupna, bo były takie drogie. Było mi wszystko jedno – to była prawdziwa uczta.
Bielsk Podlaski, 1993

Perry Pedersen:
Do mniej oczywistych, osobistych skutków doświadczenia z Korpusem w Polsce, należała większa pewność siebie i większa samoświadomość, a także przewartościowanie moich ideałów. Rozwój osobisty i realizacja moich pasji stały się ważniejsze niż zamożność, zrozumienie innych okazało się ważniejsze niż moja wola, a wartościowe życie – ważniejsze niż wygoda. To wpłynęło także na mój rozwój zawodowy. 

Przed pobytem w Polsce, mimo rocznej wymiany w Niemczech, mój świat był dość mały. Tak jak dla moich znajomych, liczył się dochód i status, choć wizja wspinaczki po stopniach drabiny korporacyjnej wydawała się niewystarczająca. Zarabiałem dobrze, ale nużyło mnie to. Po wyjeździe z Polski świat nagle mi się powiększył. Zacząłem szukać znaczenia w tym, co robię, a zarabianie pieniędzy przestało być najważniejszą motywacją.
Bielsko-Biała, 1994

Charles Frederick:
Nauczycielskie Kolegium Języków Obcych otrzymało książki od fundacji [Edwarda] Piszka – Liberty Bell. Okazało się, że książki do literatury i historii amerykańskiej były te same, z których sam się uczyłem. Mam sporo kolegów, którzy pożenili się z Polkami, ja zresztą też. Uważam, że Polki są jednymi z piękniejszych kobiet na świecie.
Włocławek, 1994

Perry Pedersen:
Gdyby więcej Amerykanów spędziło przynajmniej dwa lata jako wolontariusze Korpusu lub w podobnych programach, Stany byłyby silniejszym krajem, a świat – lepszym miejscem. Mówiąc w skrócie, popieram sam pomysł, cele i ideę Korpusu. Korpus mógłby być skuteczniejszy, zwłaszcza w realizacji pierwszego celu – pomocy ludziom z zainteresowanych krajów w pokrywaniu zapotrzebowania na doświadczonych specjalistów. Dotyczy to zwłaszcza uczenia odpowiedzialności i orientacji na wyniki. W czasie szkoleń personel często uczył nas, wolontariuszy, by nie oczekiwać zbyt wielkiej skuteczności czy trwałości naszych działań. W związku z tym wielu wolontariuszy traktowało swoje obowiązki jak hobby.
Bielsko-Biała, 1993

Christine Wolf:
Uważam, że Korpus jest dobrą organizacją, która stale się rozwija. Obecna tendencja, by zatrudniać więcej doświadczonych wolontariuszy, jest sensowna, i myślę, że bardziej odpowiada to potrzebom krajów, które goszczą Korpus. Jestem dumna, że byłam dwukrotnie wolontariuszką. To jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu, pod wieloma względami.

Myślę, że obecność Korpusu w Polsce była korzystna pod wieloma względami. Działanie na rzecz pokoju przez budowanie wartościowych więzi między ludźmi to idea Korpusu – myślę, że część z nas wypełniła taką misję. Mam nadzieję, że w związku z naszą obecnością ludzie zaczęli czuć się swobodniej w kontaktach z Amerykanami, a my wnieśliśmy coś cennego i trwałego w transformację ustrojową.
Jelenia Góra, 1998

Diane Robinson:
Dobre było to, że Korpus dawał wsparcie. Wiedziałam, że w razie kłopotów pomogą mi. W dużej mierze zostawiali mi jednak wolną rękę. Niedobra była biurokracja, a pewne zasady wydawały się trochę głupie. W sumie była to jednak uczciwa wymiana. To, czego od nas oczekiwali, było rozsądne.
Bielsk Podlaski, 1994

Cyt. za: Amerykański Korpus Pokoju w Polsce, wybór i oprac. Agnieszka Kudełka, Ośrodek KARTA, Warszawa 2012.