Relacje organizatorów

Prezydent Lech Wałęsa w przemówieniu do koordynatorów Korpusu Pokoju:
Wielu ludzi, wielu przywódców nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo jesteście potrzebni. Wiemy o tym, że świat jest podzielony. Był tu mur, żelazna kurtyna, abstrakcyjna filozofia ekonomiczna i polityczna. Dlatego wielkie zadanie czeka nas wszystkich w łączeniu narodów, wyrównywaniu poziomów. Myślę, że nie wykorzystaliśmy jeszcze wielu możliwości, które w Was tkwią. [...]
Wszyscy w Polsce wypieramy się starego systemu, ale każdy z nas ma w sobie trochę tego systemu. Zabito inicjatywę. Wychowywaliśmy się w abstrakcji. I dlatego byłoby bezpieczniej, mądrzej, gdybyśmy mogli Wam maksymalnie ułatwić Wasze działania. [...] Zgłaszajcie to do mnie, a ja będę wychodził naprzeciw tym inicjatywom, ponieważ widzę wielkie potrzeby i jednocześnie wielkie możliwości.
Warszawa, 7 grudnia 1992

Timothy Carroll (dyrektor Korpusu Pokoju w Polsce):
To będzie jedna z wielkich i krótkotrwałych światowych akcji pomocy. Polska nie będzie nas długo potrzebować. Rzadko się zdarza, by rządy krajów goszczących Korpus Pokoju w takim stopniu współpracowały z nami jako prawdziwy partner, jak tutaj.
Urzędnicy na najwyższym szczeblu gwarantowali nam wykonanie zadań, wspierali wolontariuszy, wstawiali się za nami, brali pod uwagę nawet śmiałe pomysły. Jeszcze ważniejsza od wsparcia rządowego jest postawa, którą wolontariusze przywożą z sobą.
Warszawa, 1994

Z artykułu w „Gazecie Stołecznej”:
Minister Jan Maria Rokita wciągał na maszt polską flagę dwukrotnie dłużej niż Amerykanie − ambasador Thomas Simons Jr. i dyrektor Korpusu Pokoju w Polsce Timothy Carroll. Ceremonia odbyła się w czasie uroczystego otwarcia nowej siedziby Korpusu − białego pałacyku na Mokotowie przy ul. Bukowińskiej.
− Wiem, jaką wagę Amerykanie przywiązują do ceremonii podniesienia flagi narodowej. Biorąc w niej udział, chcę pokazać, że wasza praca zasługuje na narodowe sztandary − powiedział minister Rokita.
− Trudno dodać coś do słów ministra Rokity, szczególnie, kiedy jest tak zimno − stwierdził w swoim przemówieniu ambasador. Ceremonię zakończyło zdetonowanie trzech petard, po czym dyrektor Korpusu zaprosił wszystkich do środka. Na zewnątrz musieli zostać tylko ci, którzy chcieli zapalić papierosa.
Warszawa, grudzień 1992

Beata Jachura-Pressello (koordynatorka treningów Korpusu Pokoju): 
W biurze panowała prawie rodzinna atmosfera. Stawiano wymagania, ale istniała też czysta sympatia i wsparcie. Spotkałam się tam z polityką „otwartych drzwi”, co nie było typowe w tym czasie w Polsce, jednakże informacji dotyczących wolontariuszy nie omawiano w szerszym gronie. Stosowano sztywne zasady dotyczące poufności – nie było tak, że wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli.
Warszawa, 2001

Małgorzata Kujawska (lektorka języka polskiego, następnie koordynatorka nauczania języka polskiego wolontariuszy Korpusu Pokoju):
Był początek roku 1990. Takie strasznie pesymistyczne czasy. Kończyłam studia, właściwie z niesprecyzowaną wizją tego, co mam dalej robić. Szkoła nie wydawała się ciekawym miejscem. Miałam różne dorywcze prace. Z wykształcenia jestem polonistką, językoznawcą. Wtedy zadzwonił do mnie ojciec z informacją, że znalazł w gazecie ogłoszenie – Korpus Pokoju szukał lektorów języka polskiego jako obcego. Selekcji dokonywał pierwszy dyrektor Korpusu Pokoju Michael Honegger. Mniej chodziło o przygotowanie dydaktyczne, bardziej o otwarcie. Nie trzeba było uczyć z pomocą translacji, ale znajomość angielskiego mogła być przy tym pomocna.
Warszawa, 1990

Edward Maliszewski (pierwszy dyrektor Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych):
Inicjatywa ściągnięcia wolontariuszy nie wyszła ode mnie, a od kuratorium. Również z inicjatywy kuratorium utworzyłem kolegium we wrześniu 1990, po powrocie z rocznego pobytu w Stanach Zjednoczonych, gdzie trochę też się przyglądałem strukturom tamtejszych uczelni.

W tworzonym kolegium starałem się wykorzystać doświadczenie i wiedzę ochotnika Korpusu Pokoju przywiezione z Ameryki, wówczas jednego z najlepszych źródeł tych doświadczeń. Mieliśmy wprawdzie już gotowy program nauczania, przygotowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, ale nie mógł on być wprowadzony w sposób dosłowny z wielu względów – po pierwsze nie było takiej kadry, jaką zakładali autorzy tego programu, a po drugie byliśmy przekonani, że był to program dla wszystkich kolegiów w całej Polsce, więc nie mógł być dobry dla każdego indywidualnego kolegium. Poza tym mieliśmy też swoje ambicje i koncepcje.
Toruń, 1990

Iwona Lamża-Furman (nauczycielka języka polskiego, później koordynatorka nauczania języka polskiego w Korpusie Pokoju):
Przed pierwszym spotkaniem z wolontariuszami [podczas szkolenia przygotowawczego w Podkowie Leśnej w 1991] byłam trochę wystraszona, mimo że wcześniej pracowałam w Wielkiej Brytanii. Dopiero wykaraskaliśmy się z komuny, gdzie kontakt z obcokrajowcami był prawie żaden. Moment ich przyjazdu był dla mnie bardzo ważny. I przyjechali… sami troszeczkę wystraszeni. Szybko to przełamaliśmy. Można powiedzieć, że ja tych Amerykanów od pierwszego momentu pokochałam. Potem uzmysłowiłam sobie, że Korpus jest inny niż wszystkie moje zagraniczne kontakty – wolontariusze byli wspaniałymi, bardzo wdzięcznymi uczniami i studentami.
Warszawa, 1991

Krzysztof Strzemeski:
Pracownicy biura Korpusu otrzymywali kopie zgłoszeń wolontariuszy z Waszyngtonu. Moim zadaniem był między innymi wybór miejsc docelowych dla wolontariuszy. Rozmawiałem z dyrektorami szkół i opiekunami wolontariuszy, którzy powinni władać językiem angielskim na poziomie komunikatywnym. Każda szkoła musiała też mieć już nauczyciela angielskiego, ponieważ dla Korpusu Pokoju ważny był transfer of skills [transfer umiejętności].

Ci nauczyciele-opiekunowie mieli po wyjeździe ochotnika zostać i przekazywać swe umiejętności dalej. Po raz pierwszy też usłyszałem tam powiedzenie: „Jeżeli damy komuś rybę, to będzie syty przez dzień, a jeżeli damy mu wędkę i nauczymy łowić, to będzie syty przez resztę życia”. Korpus kładł też nacisk na to, żeby wolontariusz nie zabierał miejsca pracy osobie z kraju.

Wybieraliśmy najpierw małe miejscowości, naprawdę potrzebujące ochotnika i zapewniające mu dobre warunki. Czasem miejscowość znajdowała się na czarnej liście naszego oficera medycznego; dotyczyło to na przykład Śląska. Przy wyborze zwracałem także uwagę, aby ochotnik miał zapewnioną prywatność w miejscu zakwaterowania. Młodzi Amerykanie są osobami niezależnymi i na przykład wszelkie próby dokarmiania wbrew woli nie były dobrze przyjmowane.

Osoby o innym kolorze skóry czy mniejszościowej orientacji seksualnej kierowaliśmy głównie do większych miejscowości. Odnośnie nietolerancji Polaków, zbytnio podkreślanej w pogadankach dla ochotników, my – polscy pracownicy Korpusu – napisaliśmy nawet do dyrektora Korpusu Pokoju list, żeby nie pozwalał na szerzenie stereotypów podczas szkoleń. Później osoba prowadząca szkolenie cross-kulturowe przeprosiła za zbytnie uogólnienia.
Warszawa, 1991–93

Małgorzata Kujawska:
Michael Honegger z niezwykłym wyczuciem i otwartością wybrał grupę dwunastu lektorów polskiego jako języka obcego, ludzi młodych, którzy mniej lub bardziej mieli doświadczenie w uczeniu, znali angielski i byli gotowi wejść w ten projekt. Naszym zadaniem było opanowanie pewnej metodologii i przygotowanie według niej programu nauczania języka polskiego dla ochotników Korpusu Pokoju. Mieliśmy to wypracować podczas dwutygodniowego szkolenia w Małej Wsi pod Warszawą, w którym uczestniczyli także przyszli lektorzy języka węgierskiego, bo Korpus Pokoju powstawał także na Węgrzech.

Szkolenie prowadzili lektorzy nauczania języka angielskiego w Ameryce, wysokiej klasy specjaliści od metodyki. Pokazywali nam rzeczy niezwykłe, uczyli sprawdzonej w Stanach metody komunikatywnej. Podczas tego szkolenia Węgrzy nauczali nas, a my Węgrów. Było to dla nas kompletnie nowe i pionierskie. Pracowałam w sumie przy sześciu takich programach. Strasznie nas cieszyło, jak przy trzecim okazało się, że w połowie kursu ci ludzie zaczynają mówić po polsku.
Warszawa, 1990

Beata Jachura-Pressello:
O tym, żeby przenieść wolontariusza, decydowało, jak on sam się czuł. Na przykład młoda wolontariuszka trafiła do rodziny, gdzie w upalny letni dzień tata chodził w samych majtkach. Nie chodzi o to, aby po prostu iść do niego i powiedzieć, żeby się ubrał, tylko by obydwie strony były zadowolone z tej przecież aż trzymiesięcznej współpracy.

Dla prawie wszystkich rodzin, które decydowały się przyjąć wolontariusza podczas szkolenia przygotowawczego, istotnym czynnikiem były kwestie finansowe. Zdarzały się rodziny, w których dzieci uczyły się angielskiego i wtedy ważny argument stanowiła możliwość konwersacji na co dzień. Czasami powodem była samotność.
Warszawa, 2001

Grzegorz Tkaczyk (pracownik Urzędu Miasta):
Wiosną 1996 do ówczesnego prezydenta Radomia zgłosiła się młoda kobieta i przedstawiła jako reprezentantka polskiej misji Korpusu Pokoju. Zajmowałem się wtedy licznymi kontaktami z zagranicą. Wyjaśniła, że Korpus wybrał Radom na miejsce szkolenia amerykańskich wolontariuszy.

Moje zadanie polegało na stworzeniu bazy rodzin radomskich, które zechciałyby przyjąć na okres około trzech miesięcy osobę ze Stanów Zjednoczonych bez względu na rasę i wiek, mieszkać pod jednym dachem i wspólnie siadać do stołu. Miałem informować te rodziny o celach pobytu tych osób i wynagrodzeniu, które będą za to otrzymywały.

Nie chciałem w Radomiu wybierać ludzi, którzy na pierwszym miejscu stawiali dochód w zamian za udzieloną gościnę. Dlatego w komunikatach podałem tylko termin zgłaszania się oraz telefon do mnie. Okazało się, że to była dobra taktyka. Zainteresowani musieli przejść przez moje wstępne sito. Sondowałem ich motywacje kilkoma niewinnymi pytaniami. Ponieważ zainteresowanie było ogromne w stosunku do poszukiwanych miejsc (od 80 do 150 rodzin), miałem w czym wybierać.

Eliminowałem przede wszystkim te rodziny, które zakładały, że za około 100 zł miesięcznie będą mieli guwernantkę dla potomstwa. Byli też autentyczni entuzjaści, ciekawi niespotykanych na co dzień zachowań, obyczaju – słowem – ludzie chcący się uczyć innego. Skutki tej taktyki były widoczne już w drugim roku naboru. Nikt z przedstawicieli projektu nie chciał zmieniać mnie jako wstępnego organizatora tego przedsięwzięcia, ani też rodzin, które (w całkiem pokaźnej liczbie) zostały na stałe wpisane do zasobu „niezawodnych”, nie tylko w moim, ale i amerykańskim rejestrze.
Radom, 1996

Beata Jachura-Pressello:
Odbywaliśmy zaplanowane wizyty [w domach goszczących wolontariuszy], ale były też wizyty dodatkowe, kiedy wolontariusz potrzebował jakiejś pomocy. Czasem można było te sprawy załatwić telefonicznie. Dotyczyło to zwykle samotności, tęsknoty za domem, tego, że w małych miastach wolontariusze pracujący w szkołach średnich byli jak rybki w akwarium. Bywały też kłopoty z miejscem zamieszkania, z ciepłą wodą – takie czysto życiowe.
Warszawa, 2001

Penny Fields (zastępca dyrektora Korpusu do spraw nauczania języka angielskiego):
Wolontariusze miewali trudne momenty. Miałam wolontariuszkę-Żydówkę i sądzę, że musiała ścierać się z antysemityzmem. To było dość brutalne doświadczenie. Trudno było znosić przejawy rasizmu, które się widziało. Jestem lesbijką, musiałam więc zachowywać się bardzo ostrożnie, nawet w Warszawie, nie wiedząc, czy dam sobie radę jako „inna”. Jednak udało się nam zorganizować pierwszą „tęczową” grupę złożoną z cudzoziemców i Polaków – tu poznałam niektórych z moich najlepszych kumpli.
Warszawa, 1998

Małgorzata Kujawska:
Dla nas było dużą sztuką, aby stać się moderatorem komunikacji w języku polskim między wolontariuszami. Zastanawialiśmy się, jak zejść z piedestału „profesora”. Siadaliśmy w kręgu. Zazwyczaj nauczyciel wytwarza taką sytuację, że nie wychodzi się poza syndrom papugi – uczeń jest zmuszony do powtarzania. Głowiliśmy się, jak zrobić, żeby to uczeń stawiał pytania, choć wcale nie znał jeszcze dobrze języka.
Warszawa, 1990

Janusz Wojcieszek-Łyś (goszczący wolontariuszy):
To pierwsze spotkanie z ochotnikami było bardzo ekscytujące. Takie napięcie, oczekiwanie, kto to jest. Nie mieliśmy chyba żadnych wyobrażeń na temat Amerykanów, ale było dla nas ciekawe, jaki to będzie człowiek. Podczas pobytu wolontariuszki zastępowaliśmy jej trochę rodzinę, zapewnialiśmy miejsce do mieszkania i wyżywienie. Korpus dawał też jakieś pieniądze na utrzymanie ochotnika. Naszą rolą była też szeroko pojęta opieka, gdzieś podwieźć, coś pokazać. Gościliśmy trzy osoby. Spodobało się nam.
Radom, 1999

Małgorzata Kujawska:
Amerykanie byli wtedy strasznie dumni z tego Korpusu. Dzielenie się know-how to bardzo fajny pomysł. To jest trochę idealistyczne. Bardzo wiele osób z mojego pokolenia dostało te umiejętności – udało się im. Miałam szczęście, że się wtedy znalazłam tam, gdzie dawali coś, co było cenne. Po doświadczeniu na stanowisku koordynatorki nauczania językowego zdałam sobie też sprawę, że nie jestem osobą, która umie pracować pod kierunkiem kogoś. Dobrze, jak są wytyczone zadania, które się realizuje samodzielnie. Oczywiście ryzyko jest, bo wiadomo człowiek bierze odpowiedzialność za siebie i innych ludzi, ale no risk no fun.

Szkolenie dla metodyków, które przeszłam w Korpusie Pokoju, było pouczające. Dzięki temu mogłam potem założyć szkołę językową. Poprosiłam nawet naszego prowadzącego, Grega Edelmana, o przeszkolenie nauczycieli. To on stworzył zręby metodyczne naszej szkoły. Od mojego szefa Michaela Honeggera też się dużo nauczyłam. On był bardzo profesjonalny w sprawach organizacyjno-biznesowych. 

Obserwowałam mnóstwo sytuacji, z których mogłam wyciągnąć wnioski: lekcje się zaczynały i kończyły punktualnie, nauczyciele byli uśmiechnięci, a jak się miało problem, to się go wyjaśniało. Zostaliśmy nauczeni, w jaki sposób udzielać komentarzy – to się nazywało great-bad. Najpierw musiało być zawsze great, a bad miało być krótkie i niebolesne.
Warszawa, 1990

Krzysztof Strzemeski: W samym biurze Korpusu w Warszawie na różnych etapach pracowało około 80 osób. Była też grupa współpracowników, lektorów języka, nauczycieli. Wszyscy oni mieli niezwykłą szansę nauczenia się amerykańskiego stylu zarządzania, etyki pracy, takich wartości, jak kreatywność, inicjatywa, podejście zadaniowe czy wolontariat. Dzięki pracy w roli zastępcy dyrektora do spraw edukacji w Korpusie nabrałem pewności siebie w posługiwaniu się językiem angielskim i doceniłem pracę zespołową.

Nauczyłem się zarządzać niewielką grupą ludzi, wzmocniłem umiejętności interpersonalne i interkulturowe oraz zdolność budowania zespołu. Mówię o pionierskim okresie, gdy ludzie musieli przestawić się na inny system pracy i przestać czekać, aż ktoś powie im, co mają robić.
Warszawa, 1994

Iwona Lamża-Furman: To była praca, która dawała tyle poweru, że można było pracować po 12 godzin i jeszcze się wieczorem myślało, co by dalej robić. Organizowaliśmy wycieczki, ogniska, cały czas coś się działo. Widać było, że wszyscy razem robią jeden wielki projekt. Otwarcie Polaków na Amerykanów było ogromne, a integracja pracowników – bardzo duża. Wiele kontaktów z wolontariuszami, a nawet z pracownikami Korpusu, przetrwało.
Warszawa, 1999

Grzegorz Tkaczyk: W lecie 2001 nadszedł koniec misji Korpusu Pokoju. Ówczesny prezydent Radomia Adam Włodarczyk i ja dostaliśmy zaproszenie na uroczystość pożegnalną zorganizowaną w prywatnej rezydencji ambasadora USA w Warszawie. Ceremonię prowadził Robert McClendon, dyrektor Korpusu w Polsce, wraz z ambasadorem swojego kraju Danielem Friedem. Wręczono mi pośród ogólnego aplauzu tabliczkę pamiątkową, a potem podzielono wielki polsko-amerykański tort. Gości było kilka setek, więc po oficjalnych ceremoniach bawiono się na rozległym terenie rezydencji i na parterze wystawnego budynku.
Warszawa, 2001

Paweł Świeboda (dyrektor w Kancelarii Prezydenta RP): Wolontariusze Korpusu przywozili do Polski „lepszy” świat, byli łącznikami z krajem, który przez całe lata kojarzył się Polakom z rajem na ziemi. Stwarzali ludzki wymiar wielkiego historycznego procesu, jaki był naszym udziałem od 1989 roku. Dawali nam bezcenne poczucie, że nowy amerykański sojusznik naprawdę się nami interesuje. Utwierdzali ludzi w przekonaniu, że wielka polityka to jedno, ale gdzieś głębiej – najbardziej liczy się człowiek. To, że przeszliśmy przez ucho igielne na Zachód, nie było z góry przesądzone. Scenariusze wydarzeń mogły być różne.

Korpus Pokoju wykonał wielką pracę, przygotowując nas do cywilizacyjnego skoku, który zaowocował członkostwem w NATO i UE. Jego największą zasługą była praca organiczna w sprawach prostych, ale wówczas najważniejszych: od nauki języka angielskiego – po kursy z dziedziny przedsiębiorczości. Na początku lat 90. przyjeżdżały do Polski „brygady Marriotta” – dobrze opłacani doradcy, w większości ekonomiczni, którzy pomagali planować zmiany systemowe, ale budzili także mnóstwo kontrowersji, zwykle „wiedząc lepiej”, co powinno się wydarzyć. Korpus Pokoju był ich przeciwieństwem. Wolontariusze w nim skupieni nie przyjechali do Polski za zyskiem, ale z powołania. Dawali nam solidarność, której tak bardzo się dopominaliśmy.
Warszawa, 2001

Cyt. za: Amerykański Korpus Pokoju w Polsce, wybór i oprac. Agnieszka Kudełka, Ośrodek KARTA, Warszawa 2012.