Relacje odbiorców

Wojciech Heliński (animator kultury w UM w Kudowie-Zdroju):
Hasło „Amerykanka” w 1998 roku, gdy Polska nie była jeszcze w Unii Europejskiej, pobudzało bardzo emocje. Kolega nam tłumaczył, że to Korpus Pokoju. Amerykański. Pamiętałem takie hasło z jakichś filmów, kojarzyło mi się, że jacyś Amerykanie jadą do Wietnamu, Korei, czy może do Afryki… Ale czemu do Polski?!
Kudowa-Zdrój, 2001

Krzysztof Jan Główczyński (pracownik Welskiego Parku Krajobrazowego):
Po wolontariuszkę pojechałem samochodem do Radomia. Po drodze odwiedziłem rodzinę w Kozienicach. Wujek zapytał: „A po co jedziesz?”. Odpowiadam: „ Po Amerykankę”, a wujek na to: „A co, u was nie ma sklepów meblowych?”.
Lidzbark Welski, 2001

Ija Ostrowska (dyrektor Centrum Pracy Społecznej):
Na przełomie 1990 i 1991 roku gwałtownie załamała się kondycja Zakładów Mechanicznych Ursus. Nastąpiły zwolnienia grupowe, a pozostali pracownicy zagrożeni byli zapowiadanymi  redukcjami. Do urzędu pracy i ośrodka pomocy społecznej (ówczesna nazwa Centrum Pracy Socjalnej), którego byłam wówczas dyrektorem, masowo zaczęli się zgłaszać bezrobotni. Rozpoczęliśmy wspieranie inicjatyw i pomysłów klientów pomocy społecznej na prowadzenie działalności gospodarczej.

Po udzieleniu pierwszych pożyczek, okazało się, że niezbędna jest pomoc osoby z przygotowaniem biznesowym. O Korpusie Pokoju dowiedziałam się poprzez American Comitee for Aid to Poland, z którymi na Ochocie realizowałam wspólne programy wspierania samopomocowych grup i tworzenia porozumień lokalnych organizacji.
Warszawa-Ochota, 1992

Andrzej Doniec (pracownik Politechniki Łódzkiej):
Kolega, którego znałem z różnych wcześniejszych projektów, zaprosił mnie do wygłoszenia prelekcji na temat polskiej kultury, historii i mentalności podczas kursu przygotowawczego dla wolontariuszy Amerykańskiego Korpusu Pokoju w Łodzi. To nasunęło mi pomysł, żeby się o takiego wolontariusza starać. W 1997 roku złożyłem zapotrzebowanie na wolontariusza, który znałby się na problemach środowiska, zarządzaniu środowiskowym i zagadnieniach związanych z czystszą produkcją. Wydawało mi się, że wolontariusz może przydać się nam jako pewnego rodzaju „edukator”. Jemu łatwiej się zapoznać z materiałami amerykańskimi niż nam. Chciałem też, aby przejął część moich obowiązków dotyczących kontaktów zagranicznych, których już wtedy mieliśmy bardzo dużo.
Łódź, 2001

Marek Siarkowicz (dyrektor liceum ogólnokształcącego):
Warunki programowo-organizacyjne pobytu wolontariuszy nie były łatwe do spełnienia. Stosunkowo łatwo udało się przygotować samodzielne mieszkanie w internacie szkoły. Trudniej było znaleźć opiekuna, którym powinien być nauczyciel języka angielskiego zatrudniony na pełnym etacie. Język ten dopiero wprowadzaliśmy, a szkoła nie była wielka, więc i godzin lekcyjnych nie wystarczało na 2 etaty. Do tego brakowało anglistów. Pierwsi absolwenci kolegiów językowych znajdowali dużo lepiej płatną pracę poza oświatą. Na szczęście udało się te trudności pokonać. Wolontariusze wspólnie z polskim nauczycielem ustalali oceny uczniom i musieli uzgodnić kryteria. To nie było łatwe wobec różnych systemów edukacyjnych w Polsce i USA i różnych doświadczeń. Polskiej tradycji w tym względzie wolontariusze musieli się uczyć.
Biecz, 2001

Halina Sadecka (pracowniczka Ośrodka Promowania Przedsiębiorczości):
Przed pojawieniem się Deborah Ryan w Sandomierzu niewiele wiedzieliśmy o Amerykańskim Korpusie Pokoju. Dziwiło nas tylko, że są Amerykanie, którzy z własnej woli chcą być w Polsce, mieszkać w warunkach, w jakich przypadło nam miesz-kać, pracować z nami i zarabiać podobnie jak my. I wszystko to tylko dlatego, że chcą swoją wiedzą i doświadczeniem wspierać nas w trudnym czasie przemian w Polsce. Nasz ośrodek powstał jako jedna z pierwszych organizacji pozarządowych w Polsce, budujących zręby trzeciego sektora. Dzięki pracy wolontariuszy, w czasach, gdy inni dopiero uczyli się – nasza organizacja była już przygotowana do działania w nowej rzeczywistości Polski.
Sandomierz, 1990

Ija Ostrowska:
Nowa ustawa o pomocy społecznej przewiduje udzielanie bezrobotnym pożyczek na uruchomienie małego biznesu. Od lutego pomaga nam w tej pracy Len Klein [wolontariusz Korpusu]. Analizuje pomysły, z którymi przychodzą do nas ludzie, rozmawia, radzi i ostatecznie wystawia kandydatowi na biznesmena opinię – czy można mu dać pożyczkę czy nie. Len Klein uczy ludzi rzetelności i odpowiedzialności.

Powinni wiedzieć, że pieniądze, które dostali, muszą być zwrócone. Przy pomocy i po konsultacjach prowadzonych przez Lena Kleina interesy się udały, niektórzy z byłych bezrobotnych zatrudniają już pracowników, a o to przecież chodzi. Przed jego przyjazdem bezskutecznie szukałam fachowej pomocy do tego programu. Wszędzie jednak trzeba było za to płacić i nikt w firmach konsultingowych nie wierzył, że klient pomocy społecznej potrafi sam coś zrobić.
Warszawa-Ochota, 1993

Joanna Piotrowska (dziennikarka):
Kobiety w Polsce są przedsiębiorcami na co dzień. Bez względu na to, czy pracują zawodowo, czy też cały dzień spędzają w domu, opiekując się dziećmi. Tak uważają organizatorki seminarium dla kobiet, które odbyło się kilka dni temu. Entuzjazm wzbudziło seminarium-warsztat ochotniczki z Korpusu Pokoju Judith Pryor, która prowadzi w Łodzi inkubator przedsiębiorczości. Tworzy się w nim pod okiem specjalistów nowe firmy oraz uczy bezrobotnych, jak zorganizować własne przedsiębiorstwo.
Łódź, 1994

Anita Lewicka (uczennica wolontariuszy):
Dla mnie to był pierwszy kontakt z Amerykanką, ale nie szok kulturowy, bo byliśmy na swoim własnym gruncie, a Mary Ziemer próbowała tak krok po kroku systematycznie wprowadzać i oswajać nas ze swoją kulturą. To nie była indoktrynacja kulturą, to było zapraszanie do poznania kultury. Pomyślałam, że Amerykanie chyba lubią pracę u podstaw na zasadzie polskiej „siłaczki” Stasi Bozowskiej, która chciała wprowadzać naukę pod strzechy. Wiedzieliśmy od samego początku, że wszystko będzie związane z ciężką naszą systematyczną pracą i na pewno dużo jeszcze przed nami.

Mary, a później Jim [Hardin] byli oboje osobami bardzo elastycznymi. Dostosowywali się do naszej rzeczywistości i potrafili otworzyć nas na nich. Byli po prostu takimi samymi ludźmi jak my, mówiącymi tylko innym językiem. Fakt, że oboje pochodzą z kraju, który jest bardzo heterogeniczny, sprawił, że ta otwartość tak bardzo ewaluowała później.

Drugi wolontariusz, Jim Hardin, był zawsze w cieniu Mary, która chyba grała tutaj pierwsze skrzypce korpusowe. Miałam z Jimem m.in. laboratorium językowe na drugim roku, czyli przede wszystkim słuchanie. Jim próbował wprowadzić metody, które wtedy były w powijakach, a teraz robią furorę. Używał podręcznika tylko jako punktu odniesienia. Jednocześnie tworzył dużo swoich własnych materiałów i próbował zrobić z historii konwersatorium – żeby to nie było na zasadzie wykładu.
Toruń, 2001

Marek Siarkowicz:
Niezwykle istotnym aspektem pracy wolontariuszy było ich oddziaływanie na Radę Pedagogiczną. Codzienna współpraca pozwoliła przygotować się nauczycielom na zmiany. Poznali inny system edukacyjny, mogli z dystansu spojrzeć na własną pracę. Ważne, że była to pomoc „spersonifikowana” – nic nie zastąpi spotkania z konkretnym człowiekiem. Korpus Pokoju przyszedł nam z pomocą wtedy, gdy ta pomoc była bardzo potrzebna. Była to wymierna pomoc w nauczaniu języka angielskiego, ale także możliwość spotkania z ludźmi „wolnego świata”, do którego aspirowaliśmy. Oni spowodowali, że nasi uczniowie byli dobrze przygotowani językowo i czuli się dowartościowani, pewni swego, mimo że pochodzili z małomiasteczkowego środowiska.
Biecz, 1994

Ireneusz Nowak (biznesmen):
Zacząłem właśnie budowę dużej hurtowni. Zastanawiałem się, czy nie przesadzam z inwestycją. To pani Barbara [Hilpman, wolontariuszka] mówiła mi, żebym szedł na całego. Radziła, żebym robił wszystko z rozmachem. Przekonywała mnie, że zyski będzie przynosił nie mały butik, ale duży sklep, gdzie można kupić wszystko. Bez zachęty ze strony pani Barbary nie poszedłbym tak ostro, nie zdecydowałbym się na tak dużą inwestycję.
Łosice, 1992

Ryszard Chomiuk (burmistrz Łosic):
Rolnikom [wolontariuszka] pomogła sprowadzić z Holandii środki do zapylania drzew, bo sami nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. Prezesowi spółdzielni mleczarskiej zorganizowała wyjazd na targi rolnicze do Francji. Teraz prowadzą rozmowy z francuską firmą, która interesuje się wspólną produkcją jogurtu. Okolice Łosic to wielkie zagłębie ziemniaczane. Prowadziła rozmowy z przedstawicielem Pepsico z Warszawy na temat przerabiania naszych ziemniaków na chipsy.
Łosice, 1992

Ija Ostrowska:
W latach 1991–93 dzięki Kursowi Zakładania Małej Przedsiębiorczości, opracowanemu i realizowanemu przez wolontariusza Korpusu Pokoju Lena Kleina we współpracy z polskim pracownikiem w dzielnicy Warszawy Ochota zostały uruchomione: usługi remontowo-budowlane, krawieckie, szewskie, zegarmistrzowskie, stolarskie, ślusarskie, reklamowe, mała gastronomia, handel artykułami spożywczymi, warzywami, odzieżą, obuwiem, artykułami chemicznymi, zdrową żywnością, a także produkcja odzieży i guzików. W tym okresie, 131 osób zostało skierowanych przez pracowników socjalnych do Programu, 102 osoby zaakceptowane zostały przez konsultantów, 53 osoby ukończyły kurs małej przedsiębiorczości, a 47 osób uzyskało pożyczki. Tych 47 pożyczkobiorców stworzyło 64 miejsca pracy. Spłacalność pożyczek wynosiła 77%.
Warszawa-Ochota, 1993

Teresa Czech (pracowniczka Centrum Edukacji Ekologicznej w Radomiu):
Janek [John Griffn] pracował u nas za darmo w zamian za noclegi. Brałam go zawsze z sobą na różne wyjazdy, na przykład do Biebrzańskiego i Narwiańskiego Parku Narodowego, na olimpiadę wiedzy ekologicznej w Zwierzyńcu. Wszyscy byli nami zainteresowani. Jego pobyt tutaj bardzo pomógł Centrum Edukacji Ekologicznej. Uczyłam też ochrony środowiska w szkole i zaprosiłam Janka na moje lekcje o ochronie powietrza. Bardzo je fajnie poprowadził. Narysował na tablicy jezdnię, krowę i samochód, za samochodem dymek, a przy nim skróty nazw gazów, CO 2 , Pb, i zapytał młodzież, jakie mleko będzie dawać ta krowa. 

Potem wpadliśmy na pomysł, żeby w ofercie szkoleniowej Centrum umieścić lekcje o ekologii po angielsku. Janek przygotował scenariusze zajęć; na te zajęcia przychodziło bardzo dużo młodzieży. Razem z innymi wolontariuszami zorganizował też dwa razy obóz wakacyjny dla młodzieży w języku angielskim. Innym razem przeprowadziliśmy szkolenie dla nauczycieli. Zaprzyjaźnił się z moim synem, poznaliśmy jego rodzinę.
Radom, 1999

Andrzej Doniec:
Nasz wolontariusz Jonathan Chappell wyszukiwał w Internecie różne informacje dla nas. I odkrył kilka bardzo ważnych rzeczy. Dzięki niemu dowiedzieliśmy o przygotowywaniu przez Unię Europejską dyrektywy dotyczącej recyklingu sprzętu elektrycznego i elektronicznego oraz o istnieniu programu NATO „Czystsze procesy i czystsze produkty”. Potem przez 9 lat byłem nieformalnym przedstawicielem Polski w tym programie.

Dzięki temu powstały też różne kontakty, które trwają do dziś. Wskutek tego programu powstał projekt polsko-belgijsko-rumuński na temat parków przemysłowych. Poza tym Jonathan znalazł jakiś grant na część kosztów mojego pobytu badawczego w Kanadzie dotyczącego ekologii przemysłowej i parków eko-przemysłowych. I wreszcie zrealizowaliśmy z Jonatanem film propagujący przegląd ekologiczno-techniczny w przedsiębiorstwie, który może poprawić efektywność wytwarzania i przyczynić się do polepszenia stanu środowiska.
Łódź, 2000

Janusz Wojcieszek-Łyś:
Dzięki nim [wolontariuszom, red.] patrzę na siebie też innymi oczami. Nie potrafiłbym powiedzieć, że moja racja zawsze musi zwyciężyć. Nauczyłem się względności w pewnych kwestiach, także kulturowych. Przestałem się też bać mówić po angielsku. Obserwowałem ich upór i konsekwencję, na przykład kiedy pracowali nad projektami czy biuletynami. Poznałem ich rodzaj poczucia humoru i „amerykańską otwartość”, ale zarazem niedotykalność.
Radom, 1999

Renata Kusik (uczennica wolontariuszki):
Warto zwrócić uwagę na zmiany w mentalności, także mojej, które zawdzięczamy obecności Rity [Wade] – jako Amerykanka była bardzo otwarta i łatwa w kontakcie, zawsze chętna nowych doświadczeń. To było coś zupełnie innego od mojej postawy. Byliśmy wtedy pełni rezerwy, nieufni, podejrzliwi. Dzięki niej wielu z nas zrozumiało, jak ważne jest, by umieć pojąć różnice między nami i starać się nauczyć jak najwięcej od cudzoziemców, takich jak Rita.

Było bardzo trudno mieć jakikolwiek stały kontakt z żywym angielskim, naturalnym mówionym językiem, a my mieliśmy Amerykankę żyjącą wśród nas i pracującą dla nas, dzielącą z nami swoje doświadczenia. Każda lekcja to była nie tylko praca lingwistyczna, ale wielka szansa, aby skosztować amerykańskiej – to znaczy „zachodniej” kultury. [...] Korpus Pokoju pomógł otworzyć nam drzwi, które były dotąd zamknięte przez ekonomiczną i polityczną rzeczywistość.
Krasnystaw, 1996

Cyt. za: Amerykański Korpus Pokoju w Polsce, wybór i oprac. Agnieszka Kudełka, Ośrodek KARTA, Warszawa 2012.